12.02.2012 by Rober Krysztofiec

Uroczystości Wagner Sailing Rally 2012

Przemówienie kpt. Jerzego Knabe, komandora Wagner Sailing Rally 2012 na otwarciu ceremonii odsłonięcia Tablicy Pamiątkowej Władysława Wagnera Bellamy Cay, 21-go stycznia 2012 (wygłoszone w języku angielskim)

27 Maj 2003 by Joanna Dutkowska

"AUSSI RULES" można pomarzyć...

Pani Joanna Dutkowska z Towarzystwa kwalifikacyjnego Lloyd’s Register, nadzorującego budowę jachtów, szczególnie dużych jednostek przesłała nam informację o zakończeniu programu budowy pierwszego z serii luksusowych jachtów, przeznaczonych jednocześnie do prowadzenia prac badawczych.

14.04.2003 by Stan Wisniewski

Moja Wyspa Skarbów

Od redakcji: zamieszczamy nie publikowane nigdzie wspomnienia Stana Wisniewskiego mieszkajacego na Bora Bora (Polinezja Francuska).

previous arrowprevious arrow
next arrownext arrow
Slider

Carterem na Bałtyk czyli uroki jesiennego żeglowania

Marcin

Od redakcji: Marcin przekazał nam wspomnienia z jesiennego rejsu po Bałtyku organizowanego przez Jacht.pl. Załoga wróciła cała i zdrowa a co najważniejsze zachwycona "morskimi klimatami". Marcin połknął bakcyla żeglarstwa morskiego, wspomnienia na gorąco przelał na papier... a raczej stronę www, relacja z rejsu i fajne zdjęcia klikajcie wiecej...

Pogoda jak na zamówienie, doborowa załoga, wspaniałe miejsca, moc wrażeń. Tak w wielkim skrócie można podsumować rejs po Bałtyku, który odbył się w dniach 22-29 września 2003 r.
Andrzej (Kapitan) przywitał mnie (lekko zdezorientowanego - pierwszy raz na jachcie) na dworcu w Szczecinie. Po kilku chwilach spędzonych w środkach komunikacji miejskiej (nie była to miła odmiana po 13 godzinach w pociągu), znaleźliśmy się w Szczecinie Dąbie, gdzie w dużej przystani cumował Jacht - Ten Jacht. Wkrótce po nas na miejsce przybył dziarskim krokiem Krzysiek, niecierpliwie oczekujący rozpoczęcia morskiej przygody. Bez zbędnej zwłoki nastąpiło oficjalne zapoznanie się pierwszych członków załogi z jachtem s/y DICK. Poczciwy Carter 30 od razu polubił nowych załogantów, a załoganci nienajwiększy, ale uroczy jacht. Wzajemna przyjaźń i szacunek gwarantowały fantastyczną morską podróż.


Na chwilę przed "startem".

Bez tracenia czasu, oddaliśmy cumy i spragnieni żeglowania wypłynęliśmy na wody Jeziora Dąbskiego. Następnie, po krótkiej przerwie w Trzebieży, śmigaliśmy już przez wody Zalewu Szczecińskiego, który udowodnił nam, młodym żeglarzom, iż bywa kapryśny i potrafi pokazać pazurki. Z falą wdzierającą się na pokład, ostrym przechyłem, halsując cztery godziny dotarliśmy do kanału prowadzącego do Świnoujścia. Zbyt spokojne, jak dla spragnionych wrażeń kandydatów na prawdziwych wilków morskich, wody kanału sprzyjały wsłuchiwaniu się w morskie opowieści snute z pasją przez Kapitana. Wieczór w świnoujskim Basenie Północnym zleciał szybko przy kuflu piwa w portowej tawernie. Zresztą, co tu się dużo rozpisywać...


Kapitan, gdzieś podczas rejsu.

Następnego dnia, przed południem przybyli pozostali członkowie dzielnej załogi wrześniowego rejsu - Konrad i Tomek. Wszyscy zajęliśmy się przygotowaniem jachtu do wyprawy.

Tuż przed 1300, prowiant, dopiero co zakupiony, znajdował się już na pomoście. Andrzej wraz z Krzyśkiem wykonali tajemniczy rytuał, którego efektem było znikanie zakupionych przedmiotów na jachcie. Ku prawdziwej uldze pozostałych członków "drużyny Cartera", potrafili zmaterializować z powrotem gorące kubki, pulpety i czekolady na zawołanie, w ilościach znacznie przekraczających zapasy zakupione. Nieodgadnięta tajemnica kapitanów jachtów morskich.


Krótka lekcja nawigacji i Krzysiek wyznacza trasę do Ystad.
Teraz wszystko w rękach sternika.

Wczesnym popołudniem DICK śmiało przecinał fale przybrzeżnych wód Bałtyku, kierując się w stronę Rugi (Niemcy). Ilość wrażeń, jakie dostarczyło załodze morze i pogoda trudno jest opisać. Wystarczy wspomnieć o bezchmurnym, gwieździstym niebie oraz zaskakująco ciepłych (jak na porę roku) powiewach z lądu, niosących słodki zapach jesiennego lasu.

Załoga Hajduka odebrała cumy z Cartera koło 2300 w małym porcie Lohme (www.lohme.de). Dzięki uprzejmości Wojtka (Kapitana) spędziliśmy cały wtorek "u boku" tego wspaniałego jachtu. Dodatkowo, w obszernym kambuzie Hajduka raczyliśmy swoje podniebienia wspaniałym, prawdziwie żeglarskim napojem z tajemniczymi składnikami, których podstawę stanowił rum, w dużych ilościach.


Morskie opowieści na Hajduku.

Wyrzeże Rugi bardzo polubiło załogi Hajduka i Dicka i załatwiło z Matka Naturą i Neptunem nienajlepszą pogodę. "Piździawica" (ten żeglarski żargon) i deszcz towarzyszyły podczas wtorkowego, przymusowego postoju w uroczej Marinie. Czas zajmowały gra w Boule, długie spacery oraz wspólne, wieczorne śpiewanie szant . Żeglarska noc wspomnień i szantowania trwała do 0200 lub 0300 - nie sposób określić dokładną porę z przyczyn oczywistych. Nazajutrz rano, gdy aura była już nieco bardziej łaskawa, załoga Hajduka (podobnie zresztą jak my - z wyraźnie dającymi się poznać wspomnieniami dnia wczorajszego na twarzy... obudził nas "tupot białych mew na pokładzie") oddaje cumy i Carter 30 śmiga przy dosyć silnym, południowym wietrze ku wybrzeżom Szwecji. Kurs na Ystad. Kilka godzin żeglowania minęło w oka mgnieniu. Delektowaliśmy się lekko wzburzonym morzem, dźwiękami wygrywanymi przez wiatr na wantach i relingach, fantastycznymi kompozycjami tworzonymi przez cirrusy i cumulusy.

Do Ystad (www.ystad.se) wchodzimy, dzielni żeglarze przy bardzo mocnym wietrze, dlatego widok spokojnej mariny i drzwi z napisem shower powoduje uśmiechy na twarzach i tak jakoś raźniej wszystkim się zrobiło, aż Dick "radośniej" manewrował w wąskich zakątkach portu. Koło 2100 rozpoczęliśmy Wielkie Grillowanie na stałym lądzie. Miła odmiana dietetyczna w postaci kiełbasek z serem oraz grzanek pozwoliła nabrać sił do tego stopnia, iż Andrzej, Konrad oraz skromna osoba autora wspomnień poszliśmy włóczyć się po tym portowym miasteczku, spędzając pięć godzin na odwiedzaniu rzadko podziwianych przez turystów zakątków.


Przystań w Ystad.

Około 1300 po ponownym zwiedzaniu Ystad (tym razem w świetle dziennym) przygotowujemy DICKa do wypłynięcia i kilka chwil później stawiamy foka i lekko zrefowanego grota i kierujemy się na Bornholm. Pierwszym portem Dani jest Ronne, Bornholm (www.bornholm.dk). DICK staje z dala od portu jachtowego, w znanym tylko Kapitanowi zakątku. Spokój miejsca cumowania zostaje szybko doceniony, podobnie jak doskonała lokalizacja w pobliżu najbardziej interesujących nas miejsc (czyt. przytulna knajpka).

Niestety w ograniczonym składzie (Krzysiek zostaje na jachcie) ruszamy na poznawanie kolorytu nocnego życia mieszkańców tego największego miasta Bornholmu. Niestety niewiele udało się nam zobaczyć, gdyż autochtoni wypoczywali po intensywnym sezonie turystycznym, w domowym cieple przytulnych ścian (co z braku zasłon w oknach można zobaczyć na własne oczy). Po wypiciu kilku piwek i zaprzyjaźnieniu się z sympatycznym kotem ruszyliśmy z powrotem do swojego tymczasowego, pływającego domu.

Przedpołudnie zostało poświęcone na nerwowej, ale zwycięskiej walce z duńsko-języcznym Windowsem. Pierwsza partia zdjęć dokumentujących jesienną żeglugę została pomyślnie wysłana do Polski. Można było spokojnie rozpocząć kolejną setkę. "Wachtę fotograficzną" objął Tomek. Kolejnym etapem 363 milowego rejsu było Hammerhaven, a dokładniej dwa nad wyraz interesujące obiekty - zamek i latarnia morska. Żaden z żeglarzy (z wyjątkiem Andrzeja) nawet nie przepuszczał, że będzie pokonywał takie odległości na "autonogach". Ale warto było. Moc wrażeń, jakie przynosiły widoki ukazujące się oczom podróżnikom, nie sposób opisać słowami. Na szczęście, pełniący "wachtę fotograficzną" Tomek skrupulatnie dokumentował, dla przyszłych pokoleń, pojawiające się obrazy.


Hammerhaven.

Następnym portem, w którym zacumowaliśmy było Alinge. Mimo niewczesnej już pory (ok. 2200), polscy żeglarze w niemal pełnym składzie dziarsko ruszyli na turystyczny podbój miasta. Niestety zostałem na jachcie. Na własnej skórze dowiedział się, że żeglowanie bez czapki, przy silnym wietrze często kończy się bólem głowy. Dwie godziny wystarczyło, aby poznali najciekawsze zakątki i po powrócili spędziliśmy kolejne trzy godziny na opowiadaniu dowcipów, z których większość nie powinno się publicznie powtarzać. Poranek pojawił się zaskakująco szybko, ale z ciągle trwającymi na twarzach uśmiechami (po nocnym kawałów opowiadaniu) stawiamy żagle i już płyniemy w kierunku Nexo. I tym razem morze oraz natura nie szczędzą wrażeń. Cudowne miasteczka, zielone zbocza wyspy, nieco kapryśne morze sprawiały, iż ta kilku godzinna podróż mogłaby trwać wieczność. Niestety skończyła się dosyć szybko w porcie (te krótkie przeloty). Korzystając z wolnego czasu zamieniamy korony na kartki pocztowe oraz drobne pamiątki. Natomiast Konrad sprawia sobie niespodziankę, umilającą żeglowanie jeszcze bardziej - porządny sztormiak. Oprócz zalet termo i wodo - izolacyjnych sztormiak powodował, iż właściciel stał się najlepiej widocznym członkiem załogi na jachcie.


Nowy sztormiak Konrada.

Na wyspę Christianso (www.christianso.dk) my, bohaterowie tej opowieści trafiliśmy za Darem Szczecina. Cumując przy burcie tego wspaniałego jachtu pocieszyliśmy się, iż nie wielkość jachtu, a załoga się liczy, więc bez kompleksów poznaliśmy się z domownikami "Daru", po czym Krzychu, Konrad i ja ruszyliśmy na zwiedzanie wyspy. Oprócz zapierających dech w piersiach widoków, alpinistycznych wyczynów Konrada i prowadzeniu ostrzału niewidzialnych galer, z jak najprawdziwszych armat, zostawiliśmy w czerwonej skrzynce listy do najbliższych, głęboko wierząc, że kiedyś dotrą do miejsc przeznaczenia.


Dar Szczecina.

Dorzucając wrażenia z Christianso do pełnego już worka niesamowitych wspomnień, ruszyliśmy pod wodzą Andrzeja w kierunku Svaneke. Łabędziowo (w wolnym tłumaczeniu) okazało się miłym i spokojnym miasteczkiem z niemalże pustym portem. Nawet kilkunasto-minutowa walka z techniką przymocowaną do drzwi pomieszczenia z prysznicami (zamek na kod) nie zakłóciła błogiego nastroju, który panował przy spożywaniu smakowitej kolacji przygotowanej przez Andrzeja (nieczęsto posiłki otrzymują nazwę - ten otrzymał - Sałatka Kapitańska). Wspaniałego nastroju ciąg dalszy trwał w przyportowej, uroczej kawiarence, gdzie picie piwa umilał gitarzysta wykonujący (całkiem nieźle) szlagiery z lat 80 i 90.

Poranek przywitał śpiochów z DICKa wspaniałym słońcem, bezchmurnym niebem oraz nową przyjaciółką - kaczką. Dołączyła ona do grona zwierzaków poznanych podczas rejsu (kot, owca, krowa i pies). Nie jeden raz przemknęła przez głowę myśl, czy przypadkiem któryś z towarzyszy nie jest polskim, współczesnym odpowiednikiem doktora Dolittle. Chyba nigdy się tego nie dowiemy. Ze Svaneke wychodzimy na pokładzie dzielnego Cartera 30 przy lekko wiejącym baksztagu i cudownie operującym słońcu, które fundowało całkiem wysoką temperaturę. Kto mógł, to korzystał z nadarzającej się okazji by oprócz wspomnień przywieźć do kraju prawdziwie morską opaleniznę.


Przystań w Gudhjem, ostatni zagraniczny port podróży.

Ostatnim zagranicznym portem na trasie morskiej podróży było Gudhjem. Mimo niesamowitych widoków, ciekawych miejsc (np.: "minihuta" z produkcja wyrobów ze szkła "na oczach" odwiedzających) każdy wiedział, że są to już ostatnie godziny przygody, na którą tak długo czekaliśmy, i która tak szybko mija. Chmury smutku rozstawania się z morzem i z wielogodzinnym szwędaniem się po portowych zakamarkach nieco rozwiewała perspektywa kilkunastogodzinnego powrotnego żeglowania oraz fakt, iż kolejny sezon już za 6 miesięcy.


Tomek gdzieś podczas rejsu.

Na morzu, w drodze powrotnej do kraju jesteśmy już o godzinie 1730. Nikt z załogi nie przypuszczał, iż organizatorzy na samo zakończenie załatwią frajdę pływania w niemal każdych warunkach, jakie można zastać na morzu, oczywiście "w pigułce"

Powrotny rejs rozpoczął się od flauty i niemiłosiernego eksploatowania dzielnie spisującego się silnika. Wspaniały zachód słońca, a po nim lekcja astronomii. Niestety wiedzieliśmy, że wciągający widok kopuły gwieździstego nieba nie wróży nic dobrego. Już kilka godzin później Konrad i Tomek przekonali się o tym na własnej skórze. Do 0100 Neptun rozhuśtał już znacznie morze, a i wiatr nie dawał odpocząć niezrefowanym żaglom. Niewiele później chmury postanowiły schować gwiazdy, czyniąc żeglowanie na kompas jeszcze ciekawszym. Dzięki warunkom, jakie zafundowała przyroda, psia wachta minęła Tomkowi i Konradowi szybko i o czwartej nad ranem udali się na zasłużony odpoczynek, zastąpieni przez Krzyśka i Marcina. Nieco zdezorientowani: "kto zabrał gwiazdy i włączył wiatr" zabraliśmy się za nocne pływanie.


Marcin, autor wspomnień gdzieś podczas rejsu.

Niedoświadczeni w morskim żeglowaniu, ale pełni zapału, pod czujnym okiem Kapitana, dzielnie radziliśmy sobie z żywiołem, a dobry nastrój nie ustępował na krok. Gdzie niegdzie, pomiędzy szkwałami wkradał się jakiś kawał lub anegdotka. Dobremu nastrojowi, nie dały radę ani wiatr, ani fale, ani przemoczone od wdzierających się fal ubrania (a sprzedawca zapewniał - całkowicie nieprzemakalne), ani zamówiony przez Kapitana... deszcz. Trudne warunki nie przeszkodziły również w podziwianiu pierwszego poranka na morzu. Cztery godziny wachty zleciały jak z bicza trząsł i zaraz przed 0800 w zejściówce pojawili się Konrad i Tomek. Byli podobnie zdezorientowani deszczem, jak my wiatrem i brakiem gwiazd. Aż strach było się bać, co przyniesie kolejna wachta.

Kolejna wachta przyniosła Świnoujście, do którego Tomek i Konrad walcząc z morzem, wiatrem i deszczem doprowadzili bezpiecznie jacht i całą załogę. W porcie nastąpiło pożegnanie kapitana Andrzeja, który niezmordowany całonocnym czuwaniem nad zmaganiami załogi, ruszył w kolejny rejs (czego chyba każdy trochę mu zazdrościł).


Od prawej: Krzysiek, Andrzej, Konrad, Tomek, Marcin.

Do zobaczenia w przyszłym sezonie!
W drogę powrotną do Szczecina, ruszyliśmy pod czujnym okiem Kapitana Marcina (który zastąpił Andrzeja), nie mylić z Marcinem - autorem wspomnień. Przez prawie cały czas płynęliśmy na katarynce (czyt. silnik). Zalew Szczeciński w niczym nie przypominał wzburzonego akwenu, który pamiętaliśmy z pierwszego dnia przygody. Organizatorzy chyba chcieli pokazać, że bywa i tak spokojnie, a może chcieli dać wytchnąć po nieprzespanej nocy? Widoki wzdłuż kanału prowadzącego do Szczecina były uzupełnieniem wrażeń uzbieranych podczas całego rejsu. Lewa strona to niekończące się pasmo zieleni, a prawa to tereny uprzemysłowione (niesamowity industrial) huty, stocznie, fabryki. Oprócz wrażeń wizualnych od czasu do czasu, do naszych uszu docierały dźwięki przyrody mieszane z odgłosami cywilizacji.

W ten oto sposób zostaliśmy wprowadzani w codzienne życie, w codzienny rytm pracy i nauki z dala od morza, po trzech pełnych dobach żeglowania. Na szczęście tylko na najbliższe sześć miesięcy. Szybko zleci - czego Andrzejowi, Konradowi, Tomkowi, Krzyśkowi i sobie życzę.
Marcin

Nazwa jachtu i nr na żaglu: s/y DICK, PZ 347
Typ i pow. ożaglowania: CARTER 30, 35 m2
Data i port zaokrętowania: 22.09.2003 Świnoujście
Data i port wyokrętowania: 29.09.2003 Szczecin
Odwiedzane porty: Lohme (Niemcy), Ystad (Szwecja), Ronne, Hammerhaven, Alinge, Nexo, Chrtistianso, Svaneke, Gudhjem (Dania), Świnoujście, Szczecin.